sobota, 4 października 2014

Rozdział II Od czego mam zacząć?!



Rozdział II
- Od czego mam zacząć?!-
  Wróciłam do domu. Eryk życzył mi powodzenia w śledztwie i poszedł w swoją stronę.
  Kiedy weszłam do mieszkania, moja mama już spała, bo, co tu dużo mówić, wybraliśmy się z Erykiem na bardzo długi spacer urozmaicony rozmową o ciekawostkach ze świata muzyki. Po przemyśleniu wszystkich za i przeciw postanowiłam nie mówić jej o filiżankach. Tylko niepotrzebnie by się zestresowała.
  Oto moją niespokojną głowę otaczała niezupełnie rodzinna atmosfera. Z naszej czteroosobowej rodziny zostałyśmy tylko ja i mama. Pomimo tego, że bardzo się kochałyśmy i nic nie psuło naszych relacji, nie dało się nie odczuwać w sercu pustki po zmarłym ojcu i zaginionej siostrze. Od czasu jej zniknięcia niewiele się zmieniło w naszym pokoju. Jej ubrania nadal leżały poskładane w szafie, lalki cierpliwie czekały w pudle na jej powrót, a na biurku kurzyły się porozrzucane kredki. Gdyby nie ja, to mama już dawno by to wszystko posprzątała. Wzdrygnęłam się, wspominając ból po stracie siostry. Nigdy nie pozwoliłam zapakować jej rzeczy do pudeł. Zawsze byłam pewna, że wróci i znowu narysuje dla mnie pięknego konika, albo baletnicę, jak to miała w zwyczaju. Ta wiara żyła we mnie przez cały ten czas, przez siedem lat.
  Tamtego wieczoru wróciłam do domu zapłakana. Od razu zadzwoniłyśmy z mamą na policję. Wciąż szlochając złożyłam zeznania jako świadek porwania. Po powrocie wzięłam prysznic i położyłam się do łóżka. Płakałam. Godzinę. Jeszcze jedną. A potem przestałam. Ogarnął mnie szok. Powoli zdawałam sobie sprawę, że moja siostra prawdopodobnie nigdy nie wróci. Później w moim umyśle pojawiła się o wiele gorsza myśl. Myśl, że Angelika już nigdzie nie wróci. Bo nie żyje. W końcu moja mama stwierdziła, że tak nie może być i zabrała mnie do psychologa. Oczywiście wszyscy wmawiali mi, że chcą mi pomóc, że doskonale mnie rozumieją, ale tak naprawdę nikt nie wiedział jak się czuję i nikt nie miał prawa twierdzić, że mnie rozumie. Nie wiedzieli NIC o tym, co ja czułam. Nigdy nie wybaczyłam sobie, że pozwoliłam, by moją siostrę porwano. Nigdy nie wybaczyłam sobie, że wypuściłam jej rękę z uścisku. Nigdy. I nie istnieje nic, co by mi w wybaczeniu sobie pomogło. Postanowiłam w końcu uspokoić się, by nie denerwować mamy. Następne trzy dni spędziłam tępo gapiąc się w przestrzeń. Dwa tygodnie. Tyle czasu zajęło doprowadzenie mnie do stanu używalności.
  Tej nocy nie mogłam zasnąć. Wierciłam się tylko pod kołdrą, zadając sobie w kółko te same pytania: „Kto to zrobił? Dlaczego filiżanki?” .  Kiedy wreszcie udało mi się zasnąć, przyśniła mi się powtórka z tego feralnego wieczoru, koszmar senny powrócił. Tym razem moja wyobraźnia postarała się, bym poderwała się w środku nocy zlana potem. Położyłam się powrotem na poduszki i zamknęła oczy, uspokajając się standardowym „to tylko sen”. Zaczęłam sobie przypominać to co zobaczyłam: łysego mężczyznę, szczerzącego ostre zęby rekina w demonicznym uśmiechu, małą, czarnowłosą dziewczynkę z bólem w oczach, samochód odjeżdżający daleko ode mnie, znikający z pola widzenia razem z tym, co kochałam najmocniej.
  Następnego dnia miałam spotkać się z Erykiem w parku. Lubiłam go. Chodziliśmy razem do klasy. Miał jasną cerę i czarujący uśmiech. Jeden z najprzystojniejszych chłopaków w szkole, chociaż w mniemaniu wielu nauczycieli brudas, satanista lub antychryst. Paradoksalnie był chyba lepiej zadbany niż statystyczna dziewczyna. A jego włosy! To było jego oczko w głowie. Mył je codziennie i szczotkował zawsze, kiedy miał okazję. Pomimo dużej rozbieżności ich gustu muzycznego wszystkie dziewczyny w szkole za nim szalały i nie mogły zrozumieć, dlaczego nie jesteśmy ze sobą. Nieustannie słyszeliśmy za sobą szmery typu: „Jak ja nienawidzę tej rudej. Gdyby nie ona, Eryk byłby mój”, ale jakoś nie bardzo nas to obchodziło. W gruncie rzeczy olewaliśmy obelgi i obraźliwe komentarze, które nie zostały wypowiedziane nam prosto w twarz, bo niby dlaczego ma nas interesować zdanie takich tchórzy?
  - No to co? Zaczynamy!- entuzjastycznie powitał mnie przyjaciel zacierając dłonie. Schowałam zabrane wcześniej z domu pałeczki do wewnętrznej kieszeni kurtki. Tego dnia od czasu do czasu zawiewało zimnym wiatrem.
  - Jasne… Zaczynamy… - ale łatwo było to powiedzieć. No bo od czego niby mieliśmy zacząć? Przez chwilę staliśmy tylko patrząc się na siebie. Nie ma co, świetny początek- pomyślałam.
- To może chodźmy do Rebeki?- zasugerował chłopak, jak gdyby czytał mi w myślach- Wziąłem przyrządy do zbierania odcisków palców, kupiłem w tym sklepie przy pralni.
- Jakiś wybryk natury, czytasz w myślach…
- Nie czytam w myślach, po prostu wywnioskowałem z twojej miny co ci chodzi po głowie.
- Serio?
- Tak, poirytowałaś się, uniosłaś lewą brew.- wskazał palcem moją twarz.
- Acha… A jak zrobię tak?- uniosłam prawą brew i przybrałam minę wyrażającą pogardę.
- To uznam, że nasunęła ci się jakaś riposta i zacznę się bać- zachichotał- To co, idziemy?
- Nie, uważam, że powinniśmy to najpierw przemyśleć, a nie tylko na ślepo biegać do Re-re.
- Jak nie Rebeka to co? Zostajemy tu, w parku?
- A wiesz, że to genialny pomysł?- olśniło mnie-  Przecież zawsze, po prostu z a w s z e chodziliśmy do parku odrabiać najtrudniejsze lekcje! Wniosek?
- Tam się najlepiej myśli?- jak zwykle odgadł o co mi chodziło. Jednak nie mogłam go tak po prostu pochwalić. Nie byłabym sobą.
- Nieee… Jak to odkryłeś Sherlocku?- zapatrzyłam się na niego z miną wyrażającą udawany podziw i mówiącą „ no coś ty?”
- Czyżbym dosłyszał nutę sarkazmu?
- Nie, ależ skąd! Ja i sarkazm?- zaperzyłam się sztucznie.
  Tak więc wyruszyliśmy na bardzo krótki spacer do pobliskiej ławki. Kiedy dotarliśmy na miejsce, stwierdziłam, że od lat nic tu się nie zmieniło. Otaczała nas żywa zieleń trawnika, na którym zawsze (teraz także) jakaś rodzina lub zakochana parka urządzała sobie piknik. Na wprost nas widniał kolorowy i rozległy plac zabaw, skąd dochodziły radosne krzyki bawiących się tam dzieci. Wzdrygnęłam się. Nienawidziłam dzieci. Były takie rozwrzeszczane, rozbiegane. Nie na moje siły. Poza tym, brakowało mi cierpliwości do małych ludzi. Nie wiem dlaczego, ale z jakiegoś powodu te krasnale najzwyczajniej w świecie się mnie bały!
  Gdy zawiał wiatr, poczuliśmy dobrze nam znany zapach dębowego lasku, który znajdował się nieopodal. Często urządzaliśmy tam ognisko z klasą. W naszym mieście chyba nie było osoby, która nie lubiłaby tu przychodzić. To miejsce było po prostu na swój sposób magiczne.
Usiedliśmy na ławce, w cieniu, pod drzewem. Podziwiałam napisy wycięte przez poprzednie pokolenia scyzorykiem , a także te, które zostawiło tu nasze pokolenie. Tak, mówiąc nasze pokolenie mam też na myśli naszą paczkę: mnie, Rebekę i Eryka. Niegdyś też Angelikę. Powróciły wspomnienia sprzed wielu lat, kiedy wszystko jeszcze było w porządku. Tęskniłam za tą beztroską.
  - Podstawowe pytanie w sprawie filiżanek: kto mógł to zrobić?- zaczął rzeczowo Eryk, wyrywając mnie z zamyślenia. Spojrzałam na niego. Czyżby spodziewał się po mnie aż tak wiele? Jeżeli on nie wiedział, to ja tym bardziej. Nie oszukujmy się, na tym etapie mogliśmy tylko snuć domysły.
  - Sierotka Marysia, może chciała się zabawić.- popatrzyłam na niego z politowaniem- Człowieku, myślisz, że mój mózg to Biblioteka Kongresu?
  - Ty, a może to był jakiś seryjny morderca i chciał ją zastraszyć?- zasugerował z przekonaniem.
  - Tak, zapytajmy się Rebeki, czy podpadła ostatnio jakiemuś seryjnemu mordercy. Poza tym morderca nie pisałby, żeby się nie martwić.
  - Dobra, skoro uważasz, że to był słaby pomysł, to może sama coś zaproponuj?- założył ręce na piersi.
  Ale ja jak na złość odpłynęłam. To znaczy zamyśliłam się tak, że nawet nie słyszałam co mówi mój przyjaciel.
  Na wprost mnie znajdowały się stare huśtawki. Przypomniało mi się jak razem z Angelą huśtałyśmy się na nich, aż w końcu ona spadła. Mama wcześniej uprzedzała nas, żebyśmy nie skakały z wysokości i nie zrobiły sobie krzywdy. Więc wymyśliłyśmy, że chciałyśmy mamie zrobić dowcip i specjalnie wymazałyśmy sukienkę mojej siostry ziemią. Uważałyśmy wtedy, że takie oszustwo było lepsze od przyznania się do nieuwagi. Później mama i tak domyśliła się prawdy, w końcu to mama. Chyba łatwo odgadnąć jaka była jej reakcja.
  Jakiś czas później złożyłyśmy przy tych huśtawkach wieczystą przysięgę. Napisałyśmy, że nigdy o sobie nie zapomnimy, pokropiłyśmy kartkę krwią z palców, a potem ją doszczętnie spaliłyśmy. Wtedy nie spodziewałyśmy się, że zostaniemy tak brutalnie rozłączone.
   W moim oku zakręciła się łza.
  - Iw? Halo?! IW?!
  - Angelika.- wyszeptałam. Otarłam łzę i ukryłam twarz w dłoniach.
  - Co?
  - Angelika.
  - Angelika? Myślisz, że ona mogła to zrobić?- dopytywał Eryk- I czemu płaczesz? Nie wyśmieję cię przez ten pomysł!
  Tym razem nie odgadł o czym akurat myślę, ale zgadł jaka teoria ukrywała się w mojej głowie. To była właśnie myśl, która naszła mnie wtedy przy stole. Bardzo nieprawdopodobna, ale niosła mi nadzieję.
  - Tak.- otarłam łzę wierzchem dłoni- Sam pomyśl, oba zdarzenia miały miejsce w rocznicę jej porwania i dotyczyły tychże właśnie filiżanek. Nie innych takich samych, tylko tych, które ja i Angelika dałyśmy Rebece.
  - A pomyślałaś może o tym, że komuś może chodzić o te inne filiżanki? Może ktoś nasłał na posiadacza bliźniaczych filiżanek kogoś, kto miałby go zastraszyć, ale najemnik pomylił się i zastrasza Rebekę? Przyznaj, że po prostu wariujesz, bo coś się wydarzyło w tę rocznicę. Ale to wcale nie musi mieć związku z Angeliką.- zarzucił mi przyjaciel.
  - A jeżeli ona jakimś cudem przeżyła i wróciła?- usiadłam po turecku na ławce, przodem do niego.
  - Miała wtedy dziewięć lat! Wątpię…
  -… a ja nie! Zapominasz, że była bardzo pomysłowa i inteligentna!
  - Nawet jeśli, to dlaczego nie wróciła do domu?- sądząc po zadowolonej minie jaką zrobił, moja pewnie zrzedła. A niech się wymądrza, pomyślałam, jeszcze zobaczymy kto ma rację.
   - Może… Może nie ma takiej możliwości? Coś ją trzyma z daleka i powstrzymuje?
  - To poinformujmy policję.
  - Zgłupiałeś?! Wyśmieją nas! Albo wsadzą do psychiatryka! Przychodzimy na komisariat i prosimy, by wyjaśnili sprawę wydarzeń rodem z „Paranolmal Activity”, a jakby tego było mało, to podsuwamy im pod nos podejrzenie, że mogła to zrobić dziewczyna, która zaginęła siedem lat temu! A szanse na przeżycie miała tylko w moich oczach!
  - To co robimy?
  - A co mamy robić? Dyskretnie idziemy na policję.
  - Przecież dopiero co mówiłaś…
  - Wiem, co mówiłam. Mama ma znajomego w policji, jej nie trzeba mówić, a on zrozumie moje podejrzenia. A jak nie, to sam nas posadzi w pokoju bez klamek.- rozmyśliłam się w połowie wypowiedzi.
  - Skoro tak.. Ale wiesz, że kiedy policja zacznie dochodzenie, to twoja mama się o tym dowie.
  - W sumie racja. To co proponujesz?
  - Dowiedzieć się, czy były drugie takie filiżanki.
  - Ale jak?!- rozłożyłam ręce z bezradności.
  - Gdzie Ang je kupiła?- chłopak jak zwykle zachował trzeźwy umysł w obliczu mojego załamania.
  - W tym sklepiku ze starociami, naprzeciwko kina. Ponoć dość tanio. Chińska porcelana, a z tego co pamiętam zapłaciła niecałe osiemdziesiąt złotych za wszystkie cztery i do każdej talerzyk.
  -  No i jesteśmy w domu.- podniósł się z ławki z zachęcającym uśmiechem i podał mi rękę.
  Spacer nie był zbyt długi. Sklep znajdował się zaledwie trzy skrzyżowania dalej. Z zewnątrz wyglądał na stary. Brązowa farba na drzwiach zdążyła już poodłazić, odkrywając dla naszych oczu widok nagiego drewna. Pomimo zapewne godnego podziwu wieku drzwi dzielnie trzymały się na zawiasach. Gdy je pchnęłam, usłyszeliśmy dzwonek i uderzył nas intensywny zapach kadzidełek. Coś jak drzewo sandałowe i piżmo. Wszędzie stały szafy, komody, zastawy stołów, wazony, lustra, lampy, stoliki, a nawet dwa łóżka z baldachimami. Pomieszczenie było bardzo obszerne, ale gratów nagromadzono tyle, że ledwo dało się przejść.
  Usłyszawszy, że ktoś wszedł do sklepu, zza zasłony z koralików wyszła staruszka. Miała na sobie białą bluzkę i czerwoną spódnicę do kostek. Na ramiona zarzuciła zieloną, starą chustę. Siwe włosy spięte były w kok. Jej twarz była  mocno poorana zmarszczkami, ale z jakiegoś powodu wydała mi się bardzo sympatyczną kobietą. Przywitała nas ciepłym uśmiechem charakterystycznym dla pań po siedemdziesiątce.
  - I co kochanieńcy, wybraliście coś może?- gdybyśmy nawet chcieli coś wybierać, to ho ho, na pewno po takim czasie bylibyśmy już zdecydowani.
  - Nie, proszę pani… Chcielibyśmy tylko panią o coś zapytać i nie, nie chodzi o ankietę.- zaprzeczyłam nieśmiało, jednak mój akcent musiał się pojawić.
  - Ach, chcecie rady? Czego szukacie, dzieci?
  - Nie, nie, nie… Chodzi nam raczej o… Prywatną rozmowę… Rozumie pani…- przyznałam.
  - Och… W takim razie proszę, zapraszam na zaplecze.
  Kobieta poprowadziła nas za zasłonę zza której uprzednio wyszła. Byłam zszokowana, że w ogóle udało nam się przejść między wszystkimi meblami nagromadzonymi w sklepie. Pokoik był dość malutki, ale w zupełności wystarczył, by nas wszystkich pomieścić.
  Naprzeciwko wejścia znajdowało się okno z widokiem na wielkie centrum handlowe i kino. Po lewej stronie w kącie stała szafa, pod oknem komódka z czajnikiem, cukiernicą i kilkoma szklankami, a po prawej stronie mieścił się niziutki stoliczek i cztery krzesła. Staruszka wskazała nam miejsce do siedzenia.
  - O czym chcieliście ze mną porozmawiać?- zapytała życzliwie.
  - Chciałam zapytać panią o filiżanki z chińskiej porcelany, które sprzedała pani siedem lat temu dziewięcioletniej dziewczynce.- zaczęłam bezpośrednio.  Na jej twarzy zastygł wyraz strachu i podejrzliwości. Przestraszyłam się. Może trochę przesadziłam z tą bezpośredniością? Jeszcze nam pani padnie na zawał i dopiero będzie. Dobrze przynajmniej, że siedziała.
  - Kim jesteście?- spytała cicho, a w jej głosie wyraźnie słychać było podejrzliwość. Jej mina od razu się zmieniła. Stała się uważna i bardziej stanowcza.
  - Ja mam na imię Iwona i jestem siostrą tej dziewczynki, a to mój przyjaciel, Eryk.- wymieniony skinął głową.
  - A dlaczego mnie o to pytacie?
  - Ponieważ ta dziewczyna zaginęła dwa dni później, do dzisiaj jej nie ma, a teraz sądzimy, że ktoś chce nam coś przekazać używając tych filiżanek.
  - Zaginęła…- zasmuciła się, przez co jej twarz wydała się jeszcze starsza, a wiek odbił się w młodych jak dotąd oczach. Dobrze, powiem wam. A więc sprzedałam je tanio, wręcz bardzo tanio. Teraz tego żałuję. Nie pomyślcie sobie tylko, że jestem chciwa, co to, to nie, ale wiecie jak to jest z emeryturą. Czasem trudno związać koniec z końcem. Dzieci swoje przeżyłam, męża pochowałam jeszcze będąc młodą. Zostałam sama i muszę sobie jakoś radzić… Tego samego dnia, wieczorem, przyszli do mnie dwaj mężczyźni ubrani cali na czarno i zapytali czy mam chińską porcelanę…
  - A jak oni wyglądali? Czy jeden był łysy?- wypaliłam. Sądząc po minie starszej pani była urażona tym, że jej przerwałam.
  - Tak, jeden był łysy.- odburknęła, po czym wróciła do pasjonującej historii-  Odpowiedziałam im, że jedyny artykuł z tego rodzaju, jakim były te filiżanki, właśnie sprzedałam. Myśleli, że kłamię, więc podałam im szczegóły. Wtedy oni jakby zyskali pewność, że mówimy o tym samym przedmiocie. Uświadomili mi mój straszny błąd. Mianowicie był to artefakt z XIV wieku, z czasów dynastii Ming. Drugiego takiego kompletu nie znajdziecie na całym świecie. Dlatego były warte fortunę. Pewnie pomyślicie, że to nieprawdopodobne. Nie, to nie były kopie. Te jedne jedyne filiżanki mają na spodach znak, malowany na wzór królewskiej pieczęci. Nawet najsprawniejsza ręka go nie skopiuje. Ktoś powiedziałby, co to za sprzedawca, który nie wie co sprzedaje. Prawda jest taka, że nie jestem antykwariuszem, specjalnie się nie znam. Dla mnie filiżanki to po prostu filiżanki. Kolejna wasza wątpliwość mogłaby dotyczyć tego, że sprzedałam je małej dziewczynce. Tutaj powtórzę: nie miałam pojęcia co sprzedawałam, ani na jakie ryzyko ją narażam. Bardzo mi przykro z powodu tego, co się stało.
  Wraz z Erykiem spojrzeliśmy po sobie. Sami nie wiedzieliśmy co o tym myśleć, więc bez słów ustaliliśmy, że jednak dobrze by było przejść się do Rebeki. No bo co komu zaszkodzi spacerek?
  Może zaszkodzić, oj może. Później żałowałam, że w ogóle wyszłam tego dnia z domu.
  - Fortunę?- powtórzył po raz któryś Eryk w drodze do domu przyjaciółki- Ja się zastanawiam, czy tej staruszce na pewno można wierzyć. Kto wie, może ze starości zamiast leków łyknęła coś podejrzanego, a teraz bredzi?
  - Jak tak ciebie słucham to nasuwa mi się podejrzenie, że to raczej ty coś łyknąłeś. Nie zauważyłeś, że tu się wszystko zgadza? Jakimś cudem te filiżanki trafiły do Europy i jakimś drugim cudem nikt nie zauważył ich wartości. Potem zostały sprzedane małej dziewczynce i to jest najbardziej nieprawdopodobne, bo kto normalny by tak postąpił? Angelika, niech szlag trafi twój urok osobisty! Jedziemy dalej: zaraz po sprzedaniu, pojawia się dwóch kolesi, którzy, jak wynika z opisu sprzedawczyni, byli ubrani jak członkowie dowolnego gangu! Dziewczyna zostaje porwana i nie udaje się jej znaleźć! A znak, o którym mówiła sprzedawczyni widziałam na spodzie filiżanek. Strasznie skomplikowany. Te filiżanki muszą być… - nagle gwałtownie się zatrzymałam- Jeżeli te filiżanki rzeczywiście są autentyczne, to trzeba szybko ostrzec Rebekę.
  Ruszyliśmy biegiem. Kiedy przemierzaliśmy podwórko przed domem, Eryk zadał jeszcze jedno pytanie:
  - A niby jak te filiżanki trafiły do Europy?!
  - A bo to mało przemytników na świecie?- mówiąc te słowa, zapukałam do drzwi domu naszej przyjaciółki.
  - O, to wy! Miło was znowu widzieć!- i w tym momencie dziewczyna zobaczyła wyrazy naszych twarzy- Albo i nie…
  Weszliśmy do środka. W stale jasnym i napawającym poczuciem bezpieczeństwa domu nagle zapanowała napięta atmosfera.
  - Chodzi o te filiżanki, prawda?- wprowadziła nas do tego samego pomieszczenia co wcześniej.
Pokiwaliśmy z Erykiem głowami. W milczeniu usiadłyśmy przy stole, a Eryk zabrał się do oględzin podstawionych mu pod nos filiżanek. „Zbierał odciski palców”, w rzeczywistości tylko wsypując biały proszek do każdej z nich. Chyba nie za bardzo wiedział jak należy to zrobić. Po powstrzymaniu się od palnięcia jakiegoś tekstu na ten temat, pochwaliłam się za powściągliwość.
  - Czy kiedykolwiek ktoś tu się włamał?- spytałam.
  - Nie, nigdy. Wszędzie pozakładane są alarmy.
  - To dobrze. A zauważyłaś może żeby ktoś cię obserwował? Jakieś lornetki w krzakach, albo coś?
  - Nie… Ale dlaczego o to pytasz?- Rebeka ściągnęła brwi- Co się stało?
  - Posłuchaj.- zaczęłam ostrożnie- Tylko się nie przestrasz. Musisz oddać mi filiżanki.
  - Słucham?!- zdumiała się dziewczyna.
  - Jeżeli tego nie zrobisz, będziesz miała kłopoty. I to spore. To nie jest zwykły komplet. Pochodzi z XIV wieku, z Chin, był własnością dynastii Ming. Trafił do Europy, a potem do ciebie. Myślę, że nawet jeżeli minęło te siedem lat, wciąż możesz być w niebezpieczeństwie. Pomyśl, co zrobiłby przestępca chcąc je zdobyć?
  Rebeka z przerażeniem na twarzy skinęła głową i spakowała filiżanki do pudełka.
  - Zabierzcie je. I proszę, uważajcie na siebie. Macie do mnie zadzwonić jak tylko dojdziecie do domów! A teraz idźcie już. Robi się ciemno.
  - Dobrze, obiecuję. Eryk, zbieraj tę swoją mąkę i idziemy. Dam ci poprzesypywać taką samą u mnie w domu skoro tak bardzo ci zależy. Dla urozmaicenia dodam jeszcze cukier, sól i co tam jeszcze się znajdzie.
  - Tyle razy mówiłem, że to nie jest mąka!- oburzył się.
  - A ja tyle razy mówiłam, że co byś nie mówił, to dla mnie i tak to zawsze będzie mąka! Idziemy.
  Pożegnaliśmy się i wyruszyliśmy w drogę powrotną. Czyli udało nam się odkryć, że ktoś chce pozyskać te filiżanki dla zysku materialnego. Czyli niewiele. W desperacji zaczęłam wypytywać Eryka, czy aby na pewno nic nie znalazł. Nie wiedzieliśmy już co robić. Byliśmy bezradni. Przygnębieni tymczasowym niepowodzeniem, wracaliśmy do domów.
  Na ulicy było już pusto. Tak niebywale cicho, że żadne z nas nie czuło potrzeby zakłócania tego stanu. Z jednej strony to dobrze, bo mogłam dać sobie kilka chwil na odpoczynek, ale z drugiej strony powoli zaczynało mi się nudzić. Poza nami nie było na niej ani żywej duszy. Z przyzwyczajenia zaczęłam liczyć latarnie.
  Jedna… druga… trzecia…
  Lekki wietrzyk połaskotał mnie po nagich przedramionach, rozwiał włosy i jak prawdziwy łobuz bez przeproszenia pognał dalej.
  Dwunasta.. trzynasta…
  Chodnik miękko układał mi się pod nogami. To dobrze, buty z cienką podeszwą raczej nie nadają się na spacer po żwirze.
  Dwudziesta pierwsza… dwudziesta druga…
  Liście drzew cicho szumiały, gładząc aksamitną muzyką uszy dwojga ludzi idących przez miasto.
  Dwudziesta piąta… dwudziesta szósta…
  Zatrzymaliśmy się przed skrzyżowaniem. Nie było ani widać, ani słychać żadnego samochodu. Eryk śmiało zrobił krok do przodu, ale mnie jakby zamurowało. Przyjaciel wrócił do mnie ze zmarszczonym czołem.
   Powrót od Rebeki, ta sama ulica, dwudziesta szósta latarnia, zero ludzi. I ten dźwięk. Silnik. Dużego samochodu. Déjà vu? Zza rogu wyjechała biała furgonetka. Moje serce przyspieszyło. Z auta wyskoczyło pięciu mężczyzn w maskach, a każdy z nich trzymał karabin maszynowy. Zaschło mi w gardle. Nie byłam w stanie krzyczeć. Biegli prosto na nas. Zaczęliśmy się cofać. Po prawej był sklep, zwróciłam się plecami do niego, by dyskretnie umożliwić sobie i Erykowi ucieczkę. Szarpnęłam za klamkę i popchnęłam w tył. Nic. Jeszcze raz. Też nic. Odwróciłam się. No tak. Na drzwiach było napisane „ciągnij”. Można i tak. Ale to też nic nie dało.
  - Nie…- szepnęłam- NIE!!!- wydarłam się, gdy trzech mężczyzn odciągnęło Eryka w ślepą uliczkę. W moją stronę już wyciągało ręce dwóch ludzi. Poczułam jak adrenalina zaczyna krążyć w mojej krwi i zwinnym ruchem uchyliłam się przed ich rękoma. Zerwałam się do biegu. Skręciłam za róg starej kamienicy i szybkim ruchem przewiesiłam torbę z pudełkiem, w którym były filiżanki przez ramię, po czym wspięłam się po drabinie na dach. Ale to był błąd. Komin był za wąski, by do niego wskoczyć. Miałam tylko nadzieję, że mnie nie zauważyli. Szybko położyłam się na brzuchu. Leżąc tak, podczołgałam się do krawędzi dachu i wychyliłam się za jego krawędź. Faceci stali na dole i rozglądali się. Zaczęli coś wyciągać z torby przewieszonej przez ramię jednego z nich. Wychyliłam się jeszcze trochę. To było coś jak komórka, tylko że większe. Może udałoby się zobaczyć coś, co pomogłoby ustalić kim są? Podciągnęłam się na łokciach, żeby mieć lepszy widok. W tym momencie ręka mi się omsknęła i potrąciłam rynnę. Była tak stara, że jej fragment po prostu się odłamał i uderzył w głowę jednego z mężczyzn. Szybko się cofnęłam od krawędzi.
  - Mamy cię… - dobiegło mnie z dołu.
  - Jasny gwint.- szepnęłam. Wiedziałam, że nie ma już dla mnie ratunku. Podbiegłam do przeciwległego końca dachu. Skoczyć z drugiego piętra? Aż tak zdesperowana nie byłam. Dach drugiego budynku znajdował się wyżej i o wiele za daleko.
 Odwróciłam się. Mężczyźni już wspięli się po drabinie. Poczułam kolejny przypływ adrenaliny. Spojrzała jeszcze raz na „przepaść” za mną. Szybko przeżegnałam się, odwróciłam i… skoczyłam na dół. A raczej próbowałam, bo w ostatnim momencie mnie złapali.
  - Koniec tego dobrego.- powiedział jeden z nich i uderzył mnie bronią w tył głowy. Bezwładnie osunęłam się na ziemię. Ogarnęła mnie złowroga ciemność.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz