Rozdział I
- Wszystko ma jakiś początek-
Szłyśmy z Angelą przez
miasto. To była jedna z tych słynnych, ciepłych, letnich nocy, w które ponoć
najłatwiej się zakochać. Niebo ścieliło się ciemnym aksamitem i błyszczało
cudownie, jakby ktoś wysypał na nie pudełko srebrzystego brokatu. Dokoła
panowała błoga cisza. Tak, nasze miasto było raczej spokojne. Szłyśmy szarymi
ulicami oświetlonymi blaskiem księżyca i kilkoma latarniami. Znajdowałyśmy się
w najstarszej i najbardziej odludnej części naszego miasta. Dookoła widziałyśmy
wyrastające nad nami szare kamienice, bardzo stare. Co chwila mijałyśmy jakąś
popsutą budkę telefoniczną, czy przepełniony kosz na śmieci. Kiedy zawiał
mocniejszy wiatr, można było zobaczyć gwóźdź programu: latające stronice
wyrwane z gazet! Oczywiście, była inna droga. Niestety okrężna. Z uwagi na
późną porę, wracałyśmy akurat tędy. Mimo tak ponurego krajobrazu czułyśmy się
bezpieczne, bo był z nami pan Robert, nasz sąsiad i przyjaciel mamy. Sama nie
mogła nas odebrać od Rebeki, ponieważ miała nocną zmianę w szpitalu, bo tam
właśnie pracowała, dlatego poprosiła mężczyznę o przysługę. Był to może nie
tyle starszy pan, co mężczyzna, którego nie można było określić „w średnim
wieku”, bo po prostu ani już tak nie wyglądał, ani nie miał tyle lat. Pan
Robert przekroczył już magiczny próg pięćdziesięciu lat. Zawsze uprzejmy, nigdy
nie odmawiał naszej mamie. Czasem myślałam, że to dlatego, że coś do niej
poczuł. Tym razem też się zgodził i teraz wracał razem z nami przez miasto od
domu Rebeki. Kim jest Rebeka? To dziewczynka w moim wieku, córeczka bogaczy, z
którą chodziłam do jednej klasy. Nasza najlepsza przyjaciółka, która tego dnia
obchodziła swoje dziesiąte urodziny.
- Hej, Iwona.. - zaczęła rozmowę Angela - Jak
myślisz, co Rebeka zrobi z tymi filiżankami, które od nas dostała?
- No nie wiem, może będzie z nich pić
herbatę?- zasugerowałam żartobliwie. Na co dzień byłam raczej miłym dzieckiem.
No ok, nie byłam.
- Niby racja, ale przecież może je komuś
oddać. - Tak, Angelika już wtedy była bardzo dociekliwa i potrafiła drążyć
temat w nieskończoność.
- Nie sądzę. Prezentów się nie oddaje, a
wiesz, że Re-re to porządna dziewczyna.
Po tych słowach Ang zamyśliła się z mądrą
miną nad słusznością mojej wypowiedzi, czym niemiłosiernie mnie
poirytowała, bo naprawdę nie wiedziałam nad czym tu dumać.
Wpatrzyłam się w jej czarne, błyszczące,
proste włosy. Znów dziękowałam Bogu za to, że nasz tata, który został zabity na
wojnie, był azjatą. To po nim Angela odziedziczyła wschodnią urodę z
czego najładniejsze były wąskie, bladoróżowe usta. Uważałam, że w
przeciwieństwie do mnie jest bardzo ładna. Podobał mi się kontrast między
ciemnymi pasmami włosów a mleczną cerą. Najbardziej wyjątkową rzeczą w twarzy
Angeli były jej oczy. Nie były skośne, ponieważ ich kształt odziedziczyła po rodzinie mamy. Jednak nie to zaskakiwało ludzi. Zaskakiwał ich miodowy kolor,
jak u drapieżnego jastrzębia. Takie ewenementy zdarzały się w rodzinie naszej
matki. Oczy Angeliki nie były żółte, tylko brązowe, ale tak jasne, że barwą
przypominały oczy wcześniej wspomnianego ptaka.
Angelika podziwiała w mojej urodzie
wyrazistość: rude loki, piegi, karmazynowy odcień warg i zielone, kocie oczy.
Ja byłam zadowolona ze swojego wyglądu, chociaż nie powiem, kolor moich włosów
prowokował rówieśników i starszych kolegów ze szkoły do dokuczania mi. Dlatego
moja mama często musiała podpisywać uwagi w moim dzienniczku: nie pozostawałam
im dłużna.
Przemierzaliśmy szare ulice miasta
spokojnie, w milczeniu. Z nudów liczyłam latarnie, które mijałyśmy. Ich blask
odbijał się w szybach okien pobliskich kamienic. Na dworze panowała cisza jak
makiem zasiał, słychać było tylko nasze kroki. Po naliczeniu dwudziestu sześciu
latarni dotarliśmy do skrzyżowania. Naturalnie
zatrzymaliśmy się raczej z powodu odruchu, ponieważ w drodze do domu nie widzieliśmy
żadnego samochodu. Ku naszemu zdziwieniu zza zakrętu wyjechało auto. Spodziewaliśmy
się, że pojedzie dalej, bo kierowcy widocznie się spieszyło, a przy zakręcie
jego opony zapiszczały. Jednak biała furgonetka zatrzymała się gwałtownie,
drzwi zostały otwarte i wysiadł łysy mężczyzna w czarnej skórzanej kurtce. Coś
było zdecydowanie nie tak. Zmierzał prosto na nas, napakowany, zdecydowanym
krokiem, z agresją w oczach. Przestraszyłam się. Złapałam moją młodszą siostrę
za rękę i zrobiłam krok w tył. Pan Robert już miał
zareagować
i wyjść przed nas, wyjaśnić sytuację, kiedy nieznajomy wyciągnął zza paska
pistolet z tłumikiem i wycelował w jego głowę. Na szczęście strzał nie padł, za
to napastnik bez słowa zmierzył
mnie i Angelikę wzrokiem. Dostrzegłam krótki błysk w jego oczach, kiedy jego
wzrok zatrzymał się na niej. Nie zwracając uwagi na próbującego coś powiedzieć
pana Roberta, złapał Angelę, której ręka została wyrwana z mojego uścisku.
Krzyknęłam ze strachu. Angelika piszczała i miotała się, próbując wykręcić się
do mnie, ale to nie pomogło. Pan Robert rzucił się na nieznajomego z okrzykiem,
ale ten tylko go odepchnął, powalając na ziemię. Mężczyzna wepchnął moją
siostrę do środka samochodu i rzucił na tylne siedzenie. Wskoczył za nią i zatrzasnął drzwi. Pan Robert
podbiegł do auta i zaczął walić pięściami w szybę, szarpać za klamkę, ale nic to nie dało. Samochód odjechał z piskiem
opon, przewracając pana Roberta i zabierając w nieznane moją siostrzyczkę.
7 lat
później
Siedziałam na łóżku w moim pokoju. Czekałam
na telefon. Co chwila brałam go do ręki i sprawdzałam, czy są jakieś
nieodebrane połączenia. Bez sensu, prawda? Przecież byłam tam cały czas, nie
mogłam nie zauważyć, że ktoś do mnie dzwoni. No, ale cóż, byłam bardzo nerwową
osobą. Zaczęłam chodzić w kółko po pokoju. Czemu nie mógł od razu powiedzieć mi
o co chodzi, tylko bawił się ze mną w tajemnice? Kiedy znów złapałam aparat, by
dać upust nerwom, zaskoczył mnie dzwonek. Drgnęłam i upuściłam telefon, bo głośne
dźwięki perkusji i gitar drastycznie przerwały ciszę. Podniosłam go z podłogi, nacisnęłam zieloną słuchawkę i
przyłożyłam do ucha. Nie musiałam nawet sprawdzać kto dzwoni.
- No hej, Eryk.- zaczęłam pogodnym tonem,
który nie pasował do mojego wcześniejszego podenerwowania.
- Cześć.- słyszałam, że mówił z uśmiechem na
twarzy.
- To co to za nowina?- spytałam
podekscytowana.
- Chcesz iść na spacer?- zapytał.
Oklapłam troszkę. Tyle
już czekałam, by usłyszeć co przyjaciel ma mi do powiedzenia!
- I na spacerze poznać nowinę?- spytałam
niskim, tajemniczym głosem, przeciągając głoski. Nie wykręci się.
- Tak.- poddał się wreszcie.
- To ty się jeszcze pytasz?! Jasne, że tak!-
mój ożywiony ton wrócił- Nawet nie masz pojęcia jak mnie zżera ciekawość! Za
ile się spotykamy?- rosła we mnie ekscytacja, przez którą mówiłam co raz
szybciej.
- Eee… No wiesz…- udał zmieszanie - Ja, to
stoję pod twoim domem.- dokończył ze śmiechem.
- Aha…- w myślach dokonałam szybkiego
przeglądu rzeczy, które miałam dzisiaj zrobić i po dojściu do wniosku, że nie
mam już dzisiaj nic do roboty odpowiedziałam- To poczekaj, zaraz wyjdę.
- Ok.
Rozłączyłam się i pobiegłam wkładać buty,
moje ulubione, czerwone trampki. Dziewczyny ze
szkoły zawsze patrzyły na nie z pogardą, bo moje buty nie były markowe. Ale nie
lubiłam mody. Nadal nie lubię. Mi wystarczały zwykłe trampki na białej
podeszwie z białymi sznurówkami. Jedyne co je wyróżniało to napis „Punk is not
dead!” na zewnętrznej stronie prawego buta i „Straight Edge: lifestyle by
choice” na zewnętrznej stronie lewego. To był taki mój manifest ulubionej
muzyki i stylu życia. Litery zostały nadrukowane a nie nabazgrane markerem. Te
buty dostałam w prezencie, bo mój przyjaciel podejrzał jak rysowałam je na
każdej kartce w notesie i polecił znajomemu wykonanie tego projektu.
Okrzyknęłam te trampki moim najlepszym prezentem urodzinowym. Przyjrzałam się
mojemu odbiciu w lustrze wiszącym na ścianie. Te same zwariowane, kręcone włosy
w kolorze marchewki, te same kocie, intensywnie zielone oczy. Zmysłowe usta
wygięte w półuśmiechu, liczne piegi na policzkach. Po mojej skórze widać było,
że dużo czasu siedziałam na słońcu. Byłam bardzo wysoka, miałam ponad sto
siedemdziesiąt centymetrów wzrostu. Przekleństwo i błogosławieństwo w jednym.
Problemy z kolanami, ale długie nogi. Wyrastałam ponad tłum, ale za to świetnie
radziłam sobie, kiedy trzeba było sięgnąć coś z wysokiej półki.
- Gdzie idziesz?- zapytała moja mama,
Katarzyna. Zza futryny wychyliły się jej rude loki i twarz podobna do mojej,
tylko że przyozdobiona zmarszczkami.
- Na spacer z Erykiem.- odpowiedziałam,
szybko zgarniając jabłko ze szczytu stosu ułożonego w koszyku na owoce.
Podrzuciłam je raz, złapałam drugą ręką za plecami i zaczęłam otwierać drzwi.
Mama przewróciła oczami.
- Tylko się nie zgubcie.
- Mamo, mam 17 lat i od dziecka znam tę
okolicę, naprawdę, dam sobie radę.
- Przepraszam.- westchnęła skubiąc nerwowo
rękaw lawendowego szlafroka- Po prostu
trochę się denerwuję, rozumiesz, trzeci sierpnia...
- … Rocznica porwania mojej siostry, wiem. Pa
mamo!- złapałam nieodłączny element mojego wizerunku, czyli pałeczki do
perkusji i wyszłam nie chcąc ciągnąć tej rozmowy. Angelika nigdy nie wróciła do
domu, bo policja zakończyła śledztwo nie mogąc nic znaleźć. Samochód nie
posiadał tablic rejestracyjnych, żadnych szczególnych znaków. Opisaliśmy
dokładnie „napastnika”, ale niestety, nie znaleziono go. Nawet pan Robert nie
był w stanie pomóc policji, chociaż był w zdecydowanie mniejszym szoku niż ja.
Zbiegając po schodach i zjeżdżając później po
poręczy, jadłam złapane wcześniej jabłko i kręciłam pałeczką między palcami.
Drugą zatknęłam za górną krawędź spodni z tyłu. Na tyle płytko, by było mi
wygodnie i na tyle głęboko, by poczuć, kiedy ktoś będzie chciał mi je zwinąć.
Byłam perkusistką w zespole, który założyliśmy z kolegami ze szkoły. Świetnie
nam szło, pisaliśmy własne kawałki i coverowaliśmy piosenki innych zespołów.
Nie zawiesiliśmy prób nawet na wakacje. Czasami dostawałam też partie śpiewane.
Dlaczego perkusja? Bo można było się na niej wyżyć!
Kiedy wyszłam na zewnątrz w twarz uderzyła
mnie fala ciepła. Jak dobrze, że nie włożyłam nic grubego. Miałam na sobie
tylko krótkie, materiałowe czarne spodenki i trochę dłuższą niż zwykle błękitną
bluzkę z czarnymi napisami. Słońce dość ostro prażyło, dlatego włożyłam na
głowę Fedorę. Tuż pod jego rondem, po mojej prawe stronie błyszczał kawałek
metalu. Tak, zrobiłam sobie kolczyk w górnej części ucha. Zwykły industrial,
ale mi bardzo się podobał.
Po wyjściu moje oczy ujrzały to samo, co
oglądały codziennie: szary chodnik, ulicę z asfaltu, ponure bloki dokoła, mały
parking do połowy zapełniony samochodami i duży trawnik, na którym rosło kilka
drzew dających zbawienny cień. Niebo było barwy najczystszego błękitu jaki
widziałam w życiu i nie znajdowała się na nim ani jedna chmurka. Piękna pogoda.
Przy drzwiach zastałam Eryka. Chłopak był
mojego wzrostu. Czerwona koszulka z krótkimi rękawkami pozwalała dostrzec brak
większych mięśni ramion u chłopaka. On nigdy nie chodził na siłownię. Uwielbiał
biegać, dlatego dbał, by ważyć mało i mieć umięśnione nogi, które wzmacniał
ciągłym bieganiem. Uśmiechnął się do mnie, kiedy powiał lekki wiatr, zgarniając
trochę jego długich, brązowych włosów na twarz. Szybko je odgarnął odsłaniając
niebieskie oczy. Ale wróćmy do włosów. Sięgały mu za łopatki, były zadbane,
błyszczące. To był z kolei jego manifest ulubionej muzyki.
- Cześć.- przybiliśmy sobie piątki na
powitanie, a ćwieki na naszych pieszczochach błysnęły w słońcu.
- Hej, Iwona..?- zwrócił się w stronę centrum
miasta i zaczął powoli iść. Podążyłam za nim.
- Mhm?- ponownie wgryzłam się w jabłko.
- A może zamiast na spacer pójdziemy do
Rebeki?- zasugerował niby mimochodem, jakby nie planował tego od samego
początku. Udałam podejrzliwość.
- I ona powie mi o tej nowinie?-
przekrzywiłam głowę w prawo i spojrzałam na niego, unosząc jeden kącik ust.
- Ach, jakaś ty domyślna…- rozłożył ręce i
zwrócił twarz ku niebu.
- Ach, jaki z ciebie geniusz w snuciu
intryg.- posłałam mu spojrzenie spode łba.
Szliśmy przez jakiś czas w milczeniu. Zdążyłam
nawet dojeść moje jabłko i wyrzucić ogryzek. Myślałam czym może być ta „nowina”
i co ma z tym wspólnego Rebeka. No cóż, wcześniej czy później się dowiem.
Bylebym tego nie pożałowała.
Później zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim i o
niczym, a ja cały czas bawiłam się pałeczką. Często się śmialiśmy. Byliśmy
najlepszymi przyjaciółmi. Kiedy na chwilę zapadła cisza, zaczęłam nucić jedną z
naszych ulubionych piosenek. Eryk szybko do mnie dołączył i zaczęliśmy nucić
sobie co raz śmielej, na dwa głosy. Kiedy Eryk zaczął śpiewać solówkę gitarową,
udając, że właśnie ją gra, stwierdziłam, że nie mogę być gorsza. Wyjęłam drugą
pałeczkę zza paska i zaczęłam wystukiwać nimi partię perkusji z tej piosenki na
płocie, który ciągnął się przy chodniku. Gdy skończył mi się płot, zabębniłam w
znak oznaczający po której stronie jest chodnik, a po której ścieżka rowerowa.
To nic, że ludzie patrzyli się na nas jak na idiotów. Wygłupialiśmy się, w
końcu już niedługo mogło nie być na to czasu: ostatnia klasa, matura, praca,
dorosłe życie. Korzystaliśmy z wolności, póki jeszcze ją mieliśmy.
W końcu dotarliśmy do centrum miasta. Na
ulicach pojawił się większy ruch. Widoki i odgłosy też nieco się zmieniły. Z
powodu wielkiego hałasu skończyliśmy naszą ulubioną zabawę. Rozejrzałam się. Po
prawej stronie ciągnął się rząd sklepów, barów, restauracji i tym podobnych
lokali służących jednemu celowi: zarabianiu. Od czasu do czasu trafił się super
market, lub większy spożywczak, ale i tak ludzie zmierzali do jednego miejsca:
centrum handlowego w samym środku miasta. To tam wytapetowane dziewczyny w
miniówkach kupowały najmodniejsze ciuchy. To właśnie w tym miejscu dziani
ludzie kupowali ekskluzywne rzeczy za ogromne pieniądze. I to właśnie od tego
miejsca stroniłam najbardziej. Poziom inteligencji w tym miejscu zaniżał średnią
miasta, chociaż czasami pojawiali się tam ludzie, którzy zarobili dzięki swojej
wiedzy i inteligencji. Usłyszałam gwizdy. Po mojej prawej stronie zobaczyłam
budynek z rusztowaniem, pewnie kolejny bar w budowie. Na rusztowaniu i na ziemi
stali robotnicy i uśmiechali się do mnie przymilnie. Średnia wieku w ich
towarzystwie wynosiła chyba 55 lat. Kurcze,
czy jeden z nich nie jest przypadkiem szczerbaty? - pomyślałam. Z grzeczności odwzajemniłam uśmiech, chociaż
pewnie wyszedł trochę krzywo. Niepewnie pomachałam im ręką i przyspieszyłam
kroku nie oglądając się na Eryka. Za sobą usłyszałam wybuch śmiechu. Po chwili
mój przyjaciel mnie dogonił.
- Co jest, nie chcesz się z żadnym umówić?
Wyglądali na chętnych na randkę.- rzekł rozbawiony.
- Tak, masz rację, mogłam wziąć numer od tego
bez połowy zębów.- odpowiedziałam mu rozluźniając się i przybierając minę
wyrażającą głęboki żal.
- Oj daj spokój, co z tego, że starzy, skoro
pewnie mają duże doświadczenie z dziewczynami. Spójrz na to z tej strony.-
drążył najwidoczniej zadowolony, że ma okazję się ze mną podroczyć.
Dalej rozmowa potoczyła
się tak jak wcześniej, czyli o wszystkim i o niczym z przeważającą ilością
wszystkiego.
Później znowu weszliśmy w część miasta, w
której nieczęsto widziało się pędzący samochód, ale kiedy już takowy się
pojawił, był to samochód drogi i szybki. Była to bowiem ta część miasta, gdzie
mieszkali tylko bogaci ludzie. To tu stały wielkie wille z ogromnymi
podwórkami. Domy stały daleko od siebie, ale nic w tym dziwnego, skoro były to
ogromne posiadłości.
W końcu dotarliśmy do domu Rebeki. Był
piękny. Białe niczym anielskie szaty ściany były idealnie gładkie. Okna świeżo
umyte, firanki wyprane, ani grama brudu. Typowa sterylność. No kto jak kto, ale
sprzątaczka zasłużyła na żółwika. W to morze bieli wbijał się łagodnie brąz
dachu, drzwi, staromodnej werandy i gotyckich rzeźbień w ramach okien. Z
zewnątrz może i ten dom był zbudowany dość skromnie, jak na bogaczy, ale
nadrabiał wnętrzem. Dwa piętra piękna. Całość otaczał kolorowy ogród, a droga,
którą szliśmy, wysadzana była kocimi łbami[1].
Zapach bijący od mnóstwa kwiatów był oszałamiający. Rodzice Rebeki często
wyjeżdżali za granicę na wakacje, ale dziewczyna miała jeszcze do towarzystwa
dwie pokojówki, sprzątaczkę, chyba ze trzy kucharki i jeszcze swoją własną
niańkę, chociaż ta już dawno przestała niańczyć naszą przyjaciółkę. Bądź, co
bądź, Rebeka miała już siedemnaście lat. Dlatego oboje z Erykiem
zastanawialiśmy się, dlaczego jeszcze ma niańkę. Odpowiedzi nie znamy do dziś.
Zapukaliśmy. Otworzyła nam jedna z pokojówek,
Natalia.
- Witam panienkę i pana. Zapraszam do
środka.- powitała nas otwierając szerzej drzwi.
- Dzień dobry.- odpowiedzieliśmy jej zgodnie.
Natalia była tą milszą pokojówką. Być może dlatego, że była też tą młodszą.
Miała kasztanowe włosy upięte w ciasny kok i błyszczące, ciemne oczy. Czarna
sukienka pokojówki podkreślała jej szczupłą talię. Zawsze uważałam ją za
chodzącą piękność. Była bardzo młodą dziewczyną i podejrzewam, że także
sierotą. Kiedyś zapytałam Rebekę jak tutaj trafiła, gdzie są jej rodzice, ale
ona odpowiedziała tylko, że nie powinna o tym mówić.
W tym momencie Re-re pojawiła się w na
horyzoncie.
- Och, cześć! Jak miło was widzieć!-
krzyknęła.
- Cześć, wszystkiego najlepszego!- zaczął
Eryk.
- Oj przestań, składaliście mi życzenia
wczoraj.- zarumieniła się.
- Co za dużo to niezdrowo, ale co za mało to…
e… Eryk, bądź dobrym kolegą i podrzuć mi jakieś fajne słowo!- poprosiłam.
- Budyń?- zaproponował jak gdyby nigdy nic z
miną, która sugerowała, że wyrwałam go z zamyślenia.
- No właśnie, budyń!- spojrzałam na zdziwioną
minę mojej przyjaciółki- Oj przestań, wiesz o co mi chodzi.- uśmiechnęłam się -
Twój ogród ciągle się rozrasta.- zaczęłam z innej beczki.
- Tak… A kiedyś marzyłam tylko o równo
przyciętym trawniczku.
- W takim razie strasznie sobie zapuściłaś
ten trawniczek.
- Wchodźcie. Zapraszam na herbatę.- zaprosiła
nas z uśmiechem- Natalio, może do nas dołączysz?- zaproponowała brunetce.
- Och, nie, nie powinnam… Panienko, nie
wypada mi…- odpowiedziała jej drobna dziewczyna ze zmieszaniem. Rebeka
skrzywiła się i odpuściła. Wiedziała, że jeżeli nakazałaby Natalii usiąść z
nimi do stołu, ta nie zgłosiłaby sprzeciwu, ale nie chciała jej rozkazywać.
Zawsze tylko ją o coś prosiła i nigdy nie nalegała, żeby nie robić pokojówce
przykrości. W końcu dziewczyna była jej rówieśniczką i dużo już wycierpiała.
Dlatego Rebeka starała się ja traktować jak przyjaciółkę, nie jak pokojówkę.
Rebeka miała wspaniałe, falowane blond włosy,
zawsze błyszczące. Urodę anioła i
chabrowe oczy podkreślała białymi ubraniami i koronkowymi detalami. Na jej szyi
błysnął złoty łańcuszek w kształcie serduszka. Prezent od dalekiej krewnej.
Delikatnym makijażem dziewczyna dodała sobie rumieńca, chociaż jej buzia i tak
była już wystarczająco rumiana.
Tymczasem Rebeka zaprowadziła nas do salonu.
Pod wysokim sufitem wisiał piękny, mosiężny, misternie zdobiony żyrandol.
Pomieszczenie było ogromne, wysoko sklepione, sięgało pod sam dach. Naprzeciwko
wejścia na ścianie znajdowało się ogromne okno, równie wysokie. Po środku tej
ściany znajdowały się oszklone drzwi prowadzące na taras. Całe pomieszczenie
było urządzone w stylu osiemnastowiecznych salonów francuskich. Wszędzie bogate
zdobienia, dwuskrzydłowe, rzeźbione drzwi, a po środku długi, drewniany stół na
stylizowanych nogach, przy którym stały piękne, zdobione krzesła z czerwonymi
obiciami we wzory. Pod ścianami stały komody, szafy i różne inne meble z
drewna, stylizowane na osiemnastowieczne. Usiedliśmy przy jednym końcu stołu i
zaraz przyszła do nas Natalia niosąc tacę z filiżankami i imbrykiem pełnym
herbaty. Postawiła przed nami filiżanki i nalała każdemu herbaty.
- Dziękuję, Natalio. Może jednak dołączysz do
nas?- zapytała z nadzieją w głosie Rebeka.
- Chciałabym panienko, ale mam swoje
obowiązki. Powinnam zająć się sprzątaniem.- wykręciła się znowu dziewczyna. Po
chwili wyszła i zamknęła za sobą drzwi. Ja tymczasem podniosłam filiżankę z
wielką uwagą, by nie rozlać gorącej zawartości i przyjrzałam się jej. Na białej
porcelanie widniało przepiękne zdobienie, a na spodzie skomplikowany wzór,
którego chyba nawet Matejko by nie odwzorował.
- Rebeko, czy to są..- zaczęłam.
- Tak.- odpowiedziała, wiedząc jakie pytanie
jej zadam.
- Rebeko, muszę cię poprosić byś opowiedziała
Iwonie o nowinie.- wtrącił Eryk.
- O t e j nowinie?- zapytałam odstawiając
filiżankę.
- No więc…- Rebeka przybrała tajemniczy ton
głosu- Musisz wiedzieć, że ostatnio działo się z nimi coś dziwnego- zapatrzyła
się na mnie wyczekując mojej reakcji.
- Dziwnego?- zaciekawiłam się. Co też mogło
się dziać ze zwykłymi filiżankami?
- No tak. 3 lata temu, w sierpniu, akurat
trzeciego, było tak gorąco, że zostawiłam otwarty balkon. Poszłam do łazienki i
usłyszałam huk. Kiedy wróciłam, stały na stole, a nie na szafce.- wskazała ręką
na szafkę po mojej prawej stronie- Weźmy pod uwagę, że w domu byłam sama.
Zmarszczyłam czoło. Historia o duchach? Nie
wierzę w takie bajki i, szczerze mówiąc, liczyłam na coś bardziej wiarygodnego.
Coś jednak w tej historii mnie zastanowiło. Moje serce zabiło szybciej, kiedy
Rebeka powiedziała kiedy to się stało. 3 sierpnia? Przypadek? Czy może raczej
ktoś nam chce coś przekazać? Spojrzałam na Eryka. On intensywnie wpatrywał się
we mnie, odczytując każdą emocję, która przemknęła przez moją twarz.
- Dzisiaj usłyszałam podobny huk i też stały
na stole, ale w środku znalazłam to.- kontynuowała- Co o tym sądzisz?
Podała nam małą karteczkę z napisem:
„Nie martwcie się, jeszcze tu wrócę”
Pismo
było bardzo ładne, wskazywało raczej na kobietę niż mężczyznę. Zaniemówiłam.
Zaczęłam układać wszystko w głowie. 3 sierpnia, kobieta, filiżanki. O cholera.
Oparłam łokcie na stole i zatopiłam palce w swoich włosach, odgarniając je do
tyłu.
W pokoju zapadła cisza.
- Wy sobie takie jaja ze mnie robicie tak?-
spytałam podniósłszy się- Bardzo śmieszne, niesamowite, po prostu brak mi
słów.- zaczęłam wolno klaskać dłonie i kręcić głową na boki w geście
niedowierzania. Rebeka z Erykiem wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
- Iwona…- zaczął powoli przyjaciel- Niby po
co mielibyśmy ci to robić?
- Tak dla głupiego żartu chociażby!-
wkurzyłam się. Przez moment poczułam się tak jak wtedy, tej nocy, gdy odebrano
mi siostrę. Jak w ogóle śmieli mi to przypominać?!
- To nie jest żart, to by nawet nie było
śmieszne!- odpowiedziała mi dotknięta moim przypuszczeniem dziewczyna.
- W takim razie co według was się dzieje? No,
słucham!- opadłam na oparcie krzesła i założyłam ręce na piersiach.
- My nie wiemy, ale uwierz nam, że to nie
jest nasza sprawka.
Miałam ochotę roześmiać
się im w twarz i powiedzieć, że nie wierzę w to co mówią, ale było w ich minach
coś, co sprawiło, że zaczęłam wątpić w swoją rację. Spuściłam trochę z tonu i
przygryzłam wargę. Nagle coś jakby przeskoczyło w mojej biednej głowie, zdawało
mi się, że nawet usłyszałam ciche kliknięcie. W moich myślach pojawił się
idealny plan. Czy oni naprawdę na to nie wpadli? A może wpadli, tylko głupio im
było to zasugerować? Zresztą… nieważne. Niech i tak będzie.
- Re-re… Gdyby coś jeszcze działo się z tymi
filiżankami, to poinformujesz mnie, prawda?
- Jasne, możesz na mnie liczyć.
- Och nie, przecież wiesz, że miałam tróję z
matmy!- jęknęłam. Wstałyśmy od stołu, przytuliłyśmy się na pożegnanie i razem z
Erykiem wyszliśmy z domu.
Gdy tylko posiadłość zniknęła za zakrętem,
Eryk podjął rozmowę.
- Rozumiem, że zamierzasz wyjaśnić tę sprawę?
- Chyba tak. Chociaż… Sama nie wiem co
mielibyśmy odkryć.- skłamałam. Myślałam tylko o tym jaka myśl pojawiła się w
mojej głowie wtedy, przy stole.
Kiedy spojrzałam na przyjaciela, zauważyłam w
jego oczach coś, co rzadko można było zobaczyć w oczach siedemnastoletniego
chłopaka. Troskę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz